Tag Archives: comics

Bałtycki Festiwal Komiksu 2010Baltic Comic Festival 2010

Piątek

Podróż z Warszawy poszła nawet gładko, raz że znalazły się miejsca siedzące – a nawet przedział na wyłączność,  dwa że w miłej grupie ludzi komiksowych, a trzy że dotarliśmy zgodnie z rozkładem – co było zaskakujące. Była okazja do poczytania ciekawych komiksów – w tym nowiutkiego świeżego Kartonu. Ale też dowiedzieliśmy się, że Krzysztof Ibisz walczy o rolę w filmie z Alem Pacino.

Nocleg miałem u kolegi z wybrzeża – Bartka zwanego Anathosem – Bartek prócz noclegowania też rysuje i w ogóle komiks nie jest mu obcy.
Po zostawieniu betów, wypadało się pojawić na wernisaż prac Jacka Frąsia – całkiem miły i w porywach performancowaty.

Mimo zamknięcia ludzi na małej, przyciemnionej przestrzeni bez otwartego okna i z zapalonym kadzidełkiem, winem, psem i wielkim bębnem na pedała. Choć to mogła być część artystycznej akcji, której nie zrozumiałem.

Po tej przemiłej części przyszedł czas na before. Po najdłuższym spacerze od czasu pielgrzymki na Jasną Górę udało się dotrzeć do lokalu Buffet, znajdującego się na terenie Stoczni. Szybko naszło się komiksowego bydła. Gospodarz rad był na tyle, że podbił cenę piwa o dwa złote. Stać nas. Tworzymy komiksy i podobne rzeczy – nie ma problemu.

Przynajmniej robili samborowe drinki. (Wóda, banan i porzeczka).

I gdy tak sobie to trwało niepozornie spokojnie, na ścianie lokalu projektor zaczął wyświetlać filmy o treściach najpierw dwuznacznych, potem dosłownych, a na końcu obscenicznych.

Tampony maczane w wodzie i motyki w odbytach. Generalnie rzeczy dosyć rzadko spotykane w warszawskich lokalach.
Co zrozumiałe wraz z pojawieniem się tandetnego/ambitnego porno, zeszło się mnóstwo ludzi. Nie wiem skąd się wzięli na środku odludzia Stoczni, ale nie wnikam.
Rozwinęła się super impreza tańce-hulańce i takie tam, a potem nawet striptiz, na którym Barto przyszalał z panią o płaskawych piersiach. Na MFK tego nie uświadczysz.

Treść reszty imprezy musiałbym opisać rozmytą czcionką. Pamiętam, że Bartek mi z kolanka przyjebał :D

A przy powrocie z tejże był kebab, frytki, Pączek łapiący za cycki, Unka, którą pozdrawiam i zimno.

Sobota

BFK!

Z rana zresetowany do nowego działania – jak tablica na przystanku.

Dotarliśmy od Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej. No no, siedmiometrowy banner BFK, który zmiksowaliśmy z Bartem prezentuje się nie najgorzej.

(fot. Marek Jeziak)

Nie zdążyłem na spotkanie z KRL-em, ale co mogłem, to posłuchałem. M.in. wywody Jaszcza i Bartka Sztybora o bohaterach komiksowych.

Potem bardzo smaczna pizza w Stromboli, jeszcze więcej spotkań i komiksów – w tym moje żenujące trzy słowa do mikrofonu jako niedoszły debiutant na łamach magazynu Karton (pasek komiksowy, który wykonałem zajmuje powierzchnię ćwiartki plastra sera. Z dziurami.)
Dowiedziałem się też od Karola, że mój wygląd ‘pasuje do papierosów’. Może se kupie taki na wodę czy co?

Następnie przyszedł czas na bankiet w filii biblioteki. Bardzo przyjemny czas przy smacznym regionalnym, kaszubskim jedzonku. Supa zupa kartoflana i smalec – komiksiarze robią bazę pod wieczorne spożywanie w bardzo kameralny i ogładny sposób. Nawet wpisałem się do księgi gości z moim rysuneczkiem.

Następnie spacer po malowniczych uliczkach starego miasta, w promieniach zachodzącego słońca (ojeju ale śliczne miasto ten Gdańsk) za grupką jakiś starych bab – tu pozdrowienia dla gdańskich spacerowych pacemejkerek.

Dotarliśmy do klubu ODLOT. Radio ESKA grane przy wejściu było jak mały teaserek wydarzeń, które miały dopiero nastąpić.

Rozmowy o życiu przy darmowym piwie i oglądanie meczu Ghana – USA przerwały bitwy komiksowe. Dwudziestu paru członków, zabójczy dwuminutowy czas na rysunek i na domiar złego trafiłem ‘na dzień dobry’ Koko pałającego chęcią rysowania kutasów.

Szybko odpadłem jak zwykle. I nawet dostałem komiks za odpadnięcie – za który organizatorom BFK dziękuję ślicznie.

Ale szybko zawiązała się bitwowa loża szyderców wuwuzelowców, w której składzie udało mi się znaleźć. Jako, że głosowano poprzez aplauz zgromadzonej widowni, loża posiadająca w arsenale przeraźliwy skrzekopisk-zranionego-pterodaktyla Asu, mogła lobbować swoich faworytów. Zwłaszcza, że krążą plotki o słabszym prawym uchu Gonza (prowadzącego bitwy).

Wygrał Jaszczu wykorzystując żarcik loży.

Tak jest, wszystko było już ustawione. Wraz z moim odpadnięciem na początku. Wszystko.

Gwiazdą bitwy był niewątpliwie krakowski komiks “Ostatni najazd Jaćwingów”, który sprawił wiele radości swą beznadziejnością. Warto wspomnieć, że na imprezie poznałem parę osób, które kojarzyłem jedynie z Internetu. Znam wasze twarze łobuzy niedobre! Ale, co dziwne, poznałem też ludzi, którzy znali mnie, a ja ich nie. Do dziś myślałem, że to możliwe tylko w przypadku urzędu skarbowego, a tu miła niespodzianka.

Z czasem wyszło, że lokal ODLOT, to miejscowa mordownia. Wolne kąty zapełnili łysi ludzie o niecharakterystycznych twarzach – wiecie takich, że Bizon rysowałby ich jako kółka z krzyżykami w środku.

Karki zaczęli się między sobą tłuc co uatrakcyjniło komiksiarzom wieczór. Łysy klepał łysego, odganiając plastiki z pazurami. Jakiś zdjął koszulę i dostał od razu tubę i oko mu popsuli. Źle stał, jego wina. mógł jeździć. Jakiś koleś wjechał autem i chodem dostawcy akwariów chciał coś zyskać. Dostał w papę. Tragedia. Mógł chłop jeździć. Ogółem zabawnie, że dresy kompletnie nas nie widzieli. (prócz knypa forfitera metr trzydzieści, który Bartka zaczepił, ale w porę się ogarnął) .

Wczoraj seks – dziś przemoc.

W międzyczasie barmanka wydała mi stówę zamiast dziesiątki i karma się wyrównała – odzyskaliśmy stracone dziwnie pięć dyszek z poprzedniego dnia. Czego chcieć więcej?

Do godziny 3ciej i przesiadka znowu do Absyntu.

Tam całkiem ciekawa historia z Unką, broniącą mnie przed szwedzkim alfonsem-naganiaczem, próbującym wkręcić kit o jego “siostrze, której się podobam”. Dziwne, kosmiczne dziwne rzeczy. Absurdalne. Lubię Unkę za to teraz bardzo.

Poszliśmy jeszcze pożegnać się z Januszem Wyrzykowskim, bo siedział w środku lokalu, tam ‘siostra’ rzuciła się do mnie z hasłem ‘łejt, ajmnot e huker!’.

Średnia była, więc who cares?

Później dogorywczy powrót, w drodze którego spotkanie z  Mewiksem – ptakiem dodo udającym mewę. I tak dzień się zakończył koło czwartej. A jeszcze wdepnąłem w kupę.

Niedziela

To parę godzin na spotkaniach (najnudniejszy facet na planecie Ziemia gadający o jutubie) i lektura amerykanckich i nie tylko komiksów Kuby na giełdzie.

BTW tu wspomnę i polecę:  świetny komiks “Mój syn” Oliviera Schrauwena, który to Olivier na BFK był i się dzień wcześniej w sobotę spił :- ).

A potem chłodnik w Biowayu i pociąg o 17stej.

Dalej sześciogodzinny powrót w Słonecznym przy piwie, niewybrednych żartach i jebanym śmierdzielu trzy siedzenia dalej, który jechał do końca: dosłownie i w przenośni. (Mam wrażenie, że pojawił się gdy padło hasło “klaun-szambiarz”.)

Podsumowanie

Impreza bardzo bardzo udana. W moim odczuciu BFK różni się tym od MFK, że nie czujesz się tu gościem z ulicy, tylko częścią wydarzenia. Nie miałem ani chwili nudy (prócz pana od jutuba : ) ) przez cały czas trwania Festiwalu. A dowodem tego może być sam fakt że byłem w Gdańsku, a nie poszedłem nad morze.

Dzięki jeszcze raz wszystkim których poznałem, za sympatycznie spędzony czas. Niech Ci co nie byli żałują, bo zjebali konkretnie.