Tag Archives: klienci

10 powodów biedy rysownika10 reasons of illustrator's poverty

(obrazek by Dem -> oryginał)

We wpisie naprzemiennie będzie używane słowo rysownik / grafik / twórca – to się tak przenika, że nie ma sensu się zawężać tylko do rysunku, zresztą więcej w punkcie 10.

1. Niewymagający rynek

Polski rynek zleceń graficznych jest bardzo ubogi. Można porównać go do rynku robót ręcznych rzemieślników.

Najczęstsze zlecenia, to storyboardy lub rysunki dla dzieciaków. Ostatnio troszeczkę  rozwarł się ubogi dotychczas sektor rysunków do gier internetowych (np. gier Facebookowych) i innych rysunków na potrzeby www. Podupadł za to sektor rysunków do gazet – tutaj wbić się w sensowne zlecenia jest bardzo ciężko. (Aż dziw bierze że sam Mleczko rysuje na sokach Cappy nieśmieszne komercyjne paski.)

Nadal jest biednie jeśli chodzi o wymagania dotyczące poziomu prac. Klienci przede wszystkim chcą szybko i jak najtaniej, jakość jest mało istotnym aspektem. Ma być znośnie, przez to rynek zalany jest średniej jakości grafikami za marne pieniądze.

Klienci nie podchodzą do rysunków jak do produktu ekskluzywnego/niepowtarzalnego/zrobionego na zamówienie. Traktują to raczej jak kupno farby, lub drabiny – ot mało istotna część większego projektu, którą ktoś musi zrobić.

2. Niska świadomość i szacunek społeczeństwa

Społeczeństwo nie jest świadome na czym polega praca rysownika/grafika. Przykładem może być artykuł na blogu Śledzia: http://mrherring.blogspot.com/2010/08/zawod.html.

Tzw. ‘zawód’ rysownika to tak naprawdę tak samo mecząca praca jak każda inna. Ludzie uważają, że rysowanie sprawia rysownikowi za każdym razem mnóstwo frajdy. Że robi to z uśmiechem na ustach nucąc sobie wesołe piosenki.

Druga sprawa – w polskim stereotypowym toku myślenia rysowanie, jako źródło utrzymania, jest traktowane jako szaleństwo. Zapewne chodzi o małą stabilność, a może te wrodzone postrzeganie ‘śmiesznych obrazków‘ jako błahe i nieistotne dla dobra społeczeństwa.

“Lepiej byś się zajął czymś poważnym a nie bazgroły jakieś.” – to często spotykany zwrot. Zwłaszcza gdy ktoś zaczyna przygodę z grafiką.

3. Brak ciągłości finansowej

Gdy decydujemy się na freelance w Polsce, w jakiejkolwiek dziedzinie – w naszym przypadku: grafice – możemy już magazynować konserwy i wodę na trudniejsze czasy. Freelance ma sens, gdy ma się wyrobione wcześniej znajomości, stałych klientów oraz rozpoznawalną markę.

Wielu młodych osesków wyobraża sobie pracę Freelancera jako wymarzoną robotę. Taką ‘kiedy się chce i jak się chce’, a pieniądze i tak będą. Takie myślenie prowadzi potem do skutków w postaci zatrudniania się w Biedronkach i McDonaldach, byle przeżyć do pierwszego.

“Fuck this shit, zostanę adwokatem”

Moja rada? Zaczynać od etatu – wyrabiać znajomości i doświadczenie. Zobaczyć rynek od wewnątrz i dopiero ewentualnie decydować się na pracę samodzielną.

4. Czas

Grafik ma go zawsze za mało. Nie wiem czemu wszechświat jest tak poukładany, że chocby nie wiem jak odległy był deadline projektu – i tak na koniec będą zarwane noce.

Gdy ktoś łączy, jak ja, pracę na etacie z pracą w domu, to na tę drugą zostają mu bardzo małe ilości czasu. Średnio 2-3 godziny dziennie. To nawet za mało by zrobić rosół, a co dopiero planszę komiksu czy cokolwiek. Rzeczy, które na studiach robiło się w 2 doby teraz robi się prawie 2 tygodnie.

Gdy dojdzie do tego jeszcze dziewczyna/rodzina, to rysowanie oddali się do pozycji weekendowego hobby i wda się w walkę z graniem w Heroesów czy oglądaniem seriali.

Oczywiście można na przykład nie spać. Ale nie polecam psucia sobie zdrowia dla marnych paru groszy więcej.

5. Brak promocji

W każdym zawodzie, a nawet w ‘zawodzie’, w którym kluczem do zarobku jest dotarcie do klienta, potrzebna jest jakaś forma reklamy. Nie ma co szczędzić na dobre portfolio i domenę. Wypada też założyć bloga, na którym publikuje się nieciekawe artykuły o niczym (patrz: ja).

Najmocniejszą formą promocji w branży graficznej, podobnie jak w branży wypieków ciast (rangą podobna) jest poczta pantoflowa, czyli polecanie znajomym przez klientów, którzy byli zadowoleni z efektu pracy grafika.
Warto jednak otwierać się na nową klientelę, chociażby dlatego, by wyrobić sobie całą sieć kontaktów. Tutaj zwiększamy szansę na pojawienie się stałych ‘mecenasów’, którym nasze dzieła przypadły szczególnie do gustu.

Prócz portfolio warto posiadać konta na najważniejszych portalach artystycznych.

Co ambitniejsi (lub głodniejsi) po akwizytorsku wysyłają propozycje współpracy do firm np posiadających słaby wygląd strony internetowej, czy znieświeżały już wizerunek, licząc na zainteresowanie z ich strony. Czasem się to udaje. Spróbować nigdy nie zaszkodzi.

(Ja wysłałem propozycję do Milanówka na nowy design strony za 2 kartony krówek, ale nie odpowiedzieli :( )

Gdy się zaczyna i nie ma wyrobionej jeszcze marki, trzeba czasem przycisnąć z promocją na granicy nachalności.
Skoro nikt nie wie o istnieniu twoich prac, to jak chcesz zarabiać na tym co robisz?

6. Wena i jej zaniki

Nieraz jest tak, że zwyczajnie człowiekowi się nie chce nic tworzyć. Ma w głowie korek twórczy i czas pracy dłuży się jak filmy Jacksona. W takim okresie – człowiek odmawia brania kolejnych zleceń.

To prowadzi do uszczuplenia zasobów, ale bywa że na dłuższą metę i tak wychodzi się na tym lepiej. Warto zrobić sobie urlop, lub zwyczajnie oderwać się na parę dni od roboty. Mózg czasem potrzebuje się przewietrzyć.

Szkoda, że tak często.

Druga sprawa, gdy klient niszczy nam ułożoną wizję swoimi ‘celnymi i niepodważalnymi’ uwagami. Nikt nie potrafi tak zabić weny twórczej jak klient żądający dużych poprawek we wczesnej fazie projektu.

7. Niejasne zasady współpracy

Zanim podejmiemy się zlecenia, lepiej pogadać z klientem o tym i owym. Wybadać go czy nie jest zbyt upierdliwym typem. Na naszym rynku bardzo często można trafić obiecujących złote góry ludzi, którzy potem skrupulatnie co do grosza wydębią z Ciebie czas poświęcony na projekt. Na tyle będą ci siedzieć na głowie, że pod koniec będziesz już rzygał rysunkami i zastanawiał się, czy nie warto było w tym czasie wziąć więcej mniejszych spokojnych zleconek.

Dobry klient, to taki, który wie jak pracować z grafikami i traktuje ich jak swoich współpracowników, a nie kredki do rysowania na każde zawołanie. Dobry klient to taki, który rozumie wkład pracy włożony w rysunek/grafikę i zapłaci za każdy czas poświęcony na poprawki aż do efektu ostatecznego pracy. Dobry klient to taki, który przychodzi do grafika, w określonym celu: stworzenia czegoś w jego stylu – a nie naginania go do własnych potrzeb czy kopiowania kogoś. W życiu nie widziałem dobrego klienta.

8. Pasja vs Babilon

W głowie rysownika trwa odwieczna wojna między tym co musi robić i tym co by chciał. Doskonały dowód na istnienie sztuki i potrzeby tworzenia.

Nie ma nic gorszego, gdy w środku projektu do głowy wpada genialny pomysł na komiks lub ilustrację. Człowiek ulegający pasji przerywa wówczas projekt i realizuje ten pomysł. Człowiek racjonalny odłoży to na później, ze świadomością, że prawdopodobnie wcale tego nie zrobi.

Tutaj już trzeba sobie zadawać pytania egzystencjalne – po co ja to robię? (W sensie wszystko.) Dla siebie, czy dla kogoś?

Niestety nie można sobie pozwolić na zbytnie ‘hipisostwo’, jeśli w gre wchodzą pieniądze na życie. Ale co pan zrobisz? Nic pan nie zrobisz.

9. Brak dyscypliny pracy

Prawo Murphiego mówi jasno, że jak zaczynasz projekt, to za chwilę coś się wydarzy. Coś, w czym twój udział będzie niezbędny. Narzucenie sobie dyscypliny pracy, czyli stałych godzin, w których nie zajmuję się niczym tylko rysowaniem, to cnota trudna w osiągnięciu. Nie wiem czy możliwa dla osoby młodej.

To kolejny argument ‘za’ dla pracy w etacie nad pracą freelancerską. Bo jednak co kierat, to kierat.

Nie muszę wspominać, że główne rozpraszacze, czyli Internet (och nie! Titos dał nowy wpis na blogu – znowu nie skończę komiksu :( ), gry czy imprezy kuszą bezustannie biednego twórcę. Coraz biedniejszego przez to.

Wypada jeśli tylko jest możliwość – stworzyć sobie kącik do pracy i tylko do pracy. Nauczyć się też wyłączać wszelki zbędny Internet (GG, Facebook’i itp.) podczas pracy rysunkowej.

10. Człowiek renesansu

Bycie rysownikiem to za mało. Rynek wymaga, by prócz rysowania znać Photoshopa. I oczywiście znać wektory. Aż głupio nie znać składu do druku. Trzeba znać projektowanie stron www. Znać cięcie stron do HTML. Znać Flasha. Bannery robić, to umieć też hasła układać. Przecież to pestka być Copywriterem.

A jak znać Flasha to z ActionScriptem. Hej! Tu już krok do programowania! Niech grafik zna PHP z obsługą SQL i użyciem AJAX-a.

Fajnie jakby liznął FLEX-a. Co tam, niech grafik zna konfigurowanie serwerów www. Niech obsługuje CMS firmowy.

I am king of the universe!

Zwiększając zakres prac – zwiększamy teoretycznie liczbę zleceń. Zapewniając kompleksową ich obsługę – możemy zapewnić sobie stabilną ich ilość. Ale w Polsce to tak do końca nie działa. Tutaj musisz być od wszystkiego, bo podzlecając części projektów innym – wyspecjalizowanym podwykonawcom – jedziesz najczęściej na granicy opłacalności. No chyba, że trafiłeś większego klienta. Ale to rzadkie jak krupnik Knorra.

No to?

Czy jest cholera aż tak źle? Ciężko stwierdzić. Zależy czy sukces w branży graficznej mierzy się pieniędzmi czy ilością dobrych prac, które się wykonało. Nikt nie został od razu słynnym (bogatym?) grafikiem. Na budowanie marki potrzeba lata.

O tyle jest to problemem, że branża jest niewdzięczna. A graficy narzekanie mają chyba we krwi. Choć podejrzewam, że mój wpis byłby niczym wobec wpisu o podobnej tematyce takiego spawacza elektrycznego. (Swoją drogą – dajcie znać gdy natraficie na blog jakiegoś – chętnie zasubskrybuję).

Branża graficzna jest o tyle fajna, że efekt pracy cię niejako określa. Prace są wyrazem samego siebie. Można po latach do nich wrócić – powspominać – zobaczyć swój rozwój. Wszystko jest na tacy.

I jak człowiek robił i robi to z pasją, to temat pieniędzy schodzi na drugi tor. Zwłaszcza gdy jeszcze młodym jest.

Tak myślę…